Okrutna przestroga - Jerzy Dębski - książka historyczna wyd. 1997
Opis
50 lat milczenia wokół zbrodni ludobójstwa na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej poczyniło wiele szkód w umysłach narodu polskiego, trudnych dziś do naprawienia. A jeśli od czasu do czasu pojawi się ten temat np. w masmediach, to zwykle w formie dalekiej od prawdy, wręcz antypolskiej. Korzystają z tego skwapliwie pogrobowcy dawnych ukraińskich szowinistów, mających na sumieniu życic dziesiątków tysięcy wołyńskich Polaków. Opierając się na naszej nieznajomości tamtych czasów, często nawet na złej woli polskich władz, uznali za właściwe przerzucić ciężar własnej odpowiedzialności na swe ofiary. Czynią to nawet historycy, mieniący się obiektywnymi badaczami przeszłości, jak na przykład Mikołaj Siwicki i inni. Zbrodnie swych ojców i dziadów starają się zmniejszyć do minimum, a w najgorszym razie podzielić je równo między obie narodowości - Polaków i Ukraińców. Stanowisko takie tłumaczą naiwnie brakiem dokumentów, pozwalających na bezstronne stwierdzenie, jak było naprawdę. Niniejsza książka złożona z dokumentów, relacji i fotografii zebranych przez Stowarzyszenie Upamiętnienia Polaków Pomordowanych na Wołyniu z siedzibą w Zamościu oraz Towarzystwo Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej w Lublinie zadaje kłam ich twierdzeniom. Jest niepodważalnym dokumentem, jaskrawym dowodem okrucieństwa OUN-UPA na Ziemiach Wschodnich w latach 1942-1944, a później także na Lubelszczyźnie i Ziemi Rzeszowskiej. Zabierają w niej głos ci, którzy cudem uszli kuli, noża lub siekiery. Widocznie Opatrzność Boża zachowała ich przy życiu, by mogli dać świadectwo prawdzie. Wielu z nich nosi do dziś blizny po otrzymanych wtedy ciosach, gdy sami ludobójcy uznali ich za martwych, leżących w kałużach krwi na polu, w lesie, we własnych domach obok zwłok najbliższych rodzin. Patrzyli na straszliwe sceny, zaciskając z całych sił gardła, by nie krzyknąć spazmatycznie i nie zdradzić się, nie wskazać miejsca swego ukrycia. W ich relacjach nie ma fałszu. Z wielu wypowiedzi wyziera raczej powściągliwość w słowach, jakby paraliżowanych dziś jeszcze lękiem przed tym, co oglądali własnymi oczyma. A oglądali rzeczy straszne, Totalne rozprawianie się banderowców z Polakami, zamieszkującymi od dziada pradziada wołyńską ziemię. Oglądali sceny, jakich normalny człowiek nie jest w stanie wymyśleć. Patrzyli z bliska na morze płomieni, ogarniających polskie wsie z ginącymi w nich mieszkańcami, niejednokrotnie własnymi rodzinami.
